Niesamowity wieczór, niesamowita walka, niesamowita końcówka i niestety porażka… Bez względu na rezultat – wielki szacunek dla Pistons. Stoczyli fantastyczną walkę z kolejnym contenderem z Los Angeles. Clippers zwycięstwo w meczu zawdzięczają heroizmowi Chrisa Paula, wsparciu własnych kibiców i sędziów (oczywiście to moja subiektywna ocena…). To był prawdziwy test mecz naszych nadziei na lepsze jutro Pistons – Greg’a Monroe’a i Brandon’a Knight’a. Ten pierwszy wyszedł wg mnie zwycięsko, przez majority decision, z pojedynku z Blakiem Griffinem, ten drugi dostał srogą lekcję od Chrisa Paul’a i przegrał zdecydowanie przez T.K.O. Paul w 4 kwarcie i dogrywce był wszędzie, zbierał, rzucał (ponad 20 punktów), podawał… Po to go w końcu sprowadzili do Clippers, prawda? Na szczęście u nas zadomowił się ostatnio na dobre niejaki Greg Monroe – to co zrobił w dogrywce zostanie w mojej pamięci do końca sezonu. Pistons, po kilku świetnych akcjach Chrisa, przegrywali kilkoma punktami i wydawało się, że jest po meczu… ale wtedy do akcji wkroczył nasz Big Man Greg. Dzięki jego akcjom udało się wrócić do gry i dostarczyć nam niezłego zastrzyku adrenaliny przed snem…
Niestety końcówka nie potoczyła się po naszej myśli…
15 sekund do końca i… głupia akcja, nietrafiony rzut Grega!
Czy to koniec?
Nie Greg walczy o zbiórkę, obija sobie nerki, nurkuje i mamy rzut sporny… Jak to powiedział komentator – „jumpball of the season…”.
Rzut sporny wygrany!
Piłka trafia jednak do Clippers i ci zdobywają 2 punkty… Niestety…
Po tym rzucie LAC trzyma dystans i nie daje sobie wyrwać zwycięstwa.
Ogólnie – jak napisałem na wstępie – szacunek dla Pistons, szacunek za walkę, obronę i brak straconych piłek. Za wieczór, który pomimo smutnego końca, daje nam nadzieję, że ta drużyna, uzupełniona jednym klasowym graczem może wrócić do czołówki konferencji wschodniej…



